Please ensure Javascript is enabled for purposes of website accessibility

Awokado wcale nie takie zielone?

Awokado wcale nie takie zielone?

Awokado wcale nie takie zielone? 940 788 Caritas Laudato si’

Od ponad dekady trwa światowa kariera awokado. Trudno się dziwić. Jest przedstawiane jako bardzo zdrowe, ekologiczne i trendy. I to wszystko prawda. Problem w tym, że jest to prawda oszczędnie gospodarowana. Na łyżkę zalet małego zielonego owocu przypada spora beczka dziegciu.

Trudno polemizować z faktami. Awokado jest zdrowe i dobrze wpływa na nasz organizm. Zawiera dobrze przyswajalne tłuszcze, proteiny, witaminę A. Prowadzone są badania z których rysuje się jego obraz jako przeciwdziałającego nowotworom. Dobrze wpływa na skórę, układ pokarmowy i obniża poziom cholesterolu. Do tego jest cennym elementem diety wegańskiej i wegetariańskiej.

Jednocześnie coraz wyraźniej zauważalny jest trend w którym kolejne restauracje wycofują się z jego serwowania, a ekologiczni działacze biją na alarm. Smaczliwka wdzięczna (bo tak brzmi polska nazwa drzewa, którego owocem jest awokado) z każdym kolejnym rokiem staje się bowiem coraz większym wyzwaniem i zagrożeniem. Dlaczego tak dobra dla naszego zdrowia roślina, z której owoców można stworzyć guacamole, wegetariańskiego shake’a lub po prostu położyć na kromce chleba, powoduje na świecie tyle cierpienia?

Bo mimo faktu, że jedzenie awokado jest zdrowe i modne (nie bez przyczyny pojawiło się w bestsellerowej książce kucharskiej Gwyneth Paltrow), to jego produkcja prowadzi do gigantycznej katastrofy ekologicznej i ludzkiej. Bo te jak zawsze, są ze sobą ściśle powiązane.

Zielone złoto splamione krwią

Meksykanie nazywają je oro verde – zielonym złotem. Latynoski kraj jest największym na świecie producentem awokado. Według danych za 2018 rok, roczna produkcja tego owocu sięga niebotycznej liczby 2 184 663 ton. Daleko na drugim miejscu jest Dominikana z produkcją “zaledwie” 644 306 ton. Większość awokado z Meksyku eksportowana jest do USA, a roczna wartość tej wymiany szacuje się na kwotę 2,5 mld dolarów. Wydawałoby się, że to idealny układ dla Meksyku, który za sąsiednią granicą znalazł gigantyczny rynek eksportowy (tylko w czasie finału Super Bowl Amerykanie importują ponad 100 tys. ton owocu, który służy do przyrządzania guacamole) awokado i którego decyzja o ciągle zwiększanej jego produkcji jest w pełni zrozumiałym ekonomicznym zabiegiem. Jednak gdzie stale powiększająca się koniunktura cieszy rządzących i konsumentów, tam cierpią ci, którzy pracują na najniższym szczeblu drabiny produkcji.

“Stolicą” awokado w Meksyku jest stan Michoacán. Większość produkowanych na świecie owoców pochodzi właśnie stamtąd. Naturalnym drzewostanem, który występuje w regionie jest las sosnowy. Jednak szybkie spojrzenie na mapę satelitarną pokazuje, że sosna nie jest najczęściej występującym tam gatunkiem. Już od dłuższego czasu przegrywa z bujnie rozrastającymi się plantacjami zielonego owocu.

Żeby powstała taka plantacja potrzeba dwóch rzeczy: miejsca pod uprawę roślin i dużo, bardzo dużo wody. Lokalni producenci wiedzą o tym, że szybkie pozbycie się lasu sosnowego skupiło by na nich uwagę lokalnych władz, które starając się zachować pozory respektowania litery prawa, interweniowałyby w tej sprawie. Dlatego przez pewien czas pozwala się rosnąć sosnom i awokado. Ten egzotyczny sojusz dwóch gatunków trwa dopóty, dopóki drzewa smaczliwki są na tyle duże, że można wyciąć sosnę i nie zwracając na siebie uwagi zastąpić jeden las drugim.

Ale brak naturalnie występujących drzew to jeden problem (choć znaczący, bo brak sosny prowadzi do zagłady gatunków innych zwierząt i roślin). Drugim jest woda. Żeby wyprodukować kilogram tego owocu, czyli jakieś sześć sztuk, w Meksyku potrzeba ok. 600 litrów wody. Wynikowi temu daleko do wołowiny oraz drobiu, które pochłaniają odpowiednio 6 tys. i 4300 litrów na kilogram, ale pamiętajmy, że mówimy tutaj o składniku, który przedstawiany jest jako ekologiczny element diety wegańskiej i wegetariańskiej. Szybko kurczące się zasoby wody to problem z którym Meksyk mierzy się już dzisiaj, a kolejne lata przyniosą tylko jego zintensyfikowanie.

Ponieważ światowy (w tym przede wszystkim amerykański) apetyt na awokado zdaje się nie mieć końca, lokalni producenci powiększają swoje pola o kolejne nieużytki. Rocznie we wspomnianym stanie wycina się 20 000 ha lasów, z czego od 6000 do 8000 ha związanych jest z uprawą zielonych owoców. Czy to dużo? 20 tys. ha to mniej więcej tyle co powierzchnia Opola i Białegostoku łącznie.

Żeby uprawy były jeszcze bardziej wydajne, rolnicy stosują pestycydy. Część z nich to środki niezatwierdzone nawet przez meksykański rząd (np. Perfekthion, kwas fosforowy czy Naled 90 które w Europie są absolutnie zakazane ze względu na negatywny wpływ na zdrowie). Pracujący w oparach trujących środków ludzie nierzadko chorują na przewlekłe choroby związane z podrażnieniami skóry i górnych dróg oddechowych, a gleba na której uprawiane jest awokado staje się coraz bardziej skażona.

Jeśli nawet któryś z meksykańskich polityków chciał usankcjonować produkcję owocu i wprowadzić cywilizowane metody jego produkcji, to nie zrobi tego z uwagi na troskę o życie swoje i najbliższych. Produkcja awokado w meksyku kontrolowana jest w dużej mierze przez grupy przestępcze (w tym “Templariuszy”, członków Caballeros Templarios), które czerpią olbrzymie korzyści z “podatku” nałożonego na producentów i “ochrony”, którą im zapewniają. Ci nie mając żadnej pozycji negocjacyjnej w tej relacji i wiedząc o tym, że wyłamanie się oznacza śmierć, podporządkowują się zastanemu układowi i w ten sposób od wielu lat nic nie zmienia się w krainie “zielonego złota”. Może dlatego miejscowi często nazywają go inaczej – aquadate del diablo – owocem diabła.

Chilijska “wojna o wodę”

Po drugiej stronie Ameryki Łacińskiej sytuacja wygląda nie mniej dramatycznie. W Chile także uprawia się awokado, choć nie na taką skalę, jak w Meksyku, czy Dominikanie. Jednak to właśnie tam uprawa owocu pokazuje, jak gigantyczny wpływ na środowisko naturalne mają polityczne decyzje i społeczne napięcia spowodowane nierównością. Bogactwo i bieda mieszają się ze sobą, a głównym środkiem “płatniczym” jest woda. Surowiec leżący w Chile w prywatnych rękach.

Jeśli szokujące jest to, ile wody zużywa się w czasie produkcji awokado w Meksyku, to w Ameryce Południowej liczba ta jest jeszcze bardziej przytłaczająca.

W skali globu wyprodukowanie kilograma owocu zużywa średnio 237 litrów wody podziemnej lub powierzchniowej (do tego doliczyć trzeba jeszcze wodę deszczową). Jednak w prowincji Petorca (odpowiada za 60% produkcji owocu w skali kraju) w Chile do wyprodukowania kilograma awokado potrzebnych jest 1280 litrów wody sztucznie doprowadzonej do uprawy. To średnio 320 litrów wody na jeden owoc.

W tle problemu znajduje się polityka i to, w jaki sposób gospodaruje się wodą w Chile. Zasoby wodne są tam sprywatyzowane. Państwo przyznaje chętnym bezterminowe prawa do poboru wody z akwenu, a ta następnie sprzedawana jest na wolnym rynku. Więcej, własność ziemi oddzielona jest tam od własności wody, która znajduje się na jej terenie.

W praktyce oznacza to, że wykorzystująca hektolitry wody hodowla awokado kontrolowana jest przez prywatnych przedsiębiorców, którzy w swoich rękach posiadają cały zasób wody w Petorce (państwo nie udziela już tam jakichkolwiek praw do poboru wody, ponieważ wszystkie zostały rozdzielone), czego konsekwencją jest fakt, że lokalni mniejsi producenci i mieszkańcy okolicznych wiosek nie mają dostępu do krytycznego dla życia surowca.

Od 2007 roku ponad 2000 małych farmerów musiało zrezygnować z upraw awokado, ponieważ nie byli w stanie dostarczyć wody do niewielkich plantacji. Studnie głębinowe są drogie i na ich budowę stać jedynie tych, którzy mają pieniądze. Co więcej, głód wody tych ostatnich zdaje się nie mieć końca – w okolicy naliczono około 4 tys. nielegalnych studni, które budowane są przez nieposiadających zezwoleń przedsiębiorców. Lokalne władze – choć prawo stwierdza, że takie praktyki są nielegalne – wymierzają śmiesznie niskie kary za podobne działania i przymykają oko na wiercenie studni.

W Petorca zniknęły tradycyjne uprawy ziemniaków, pomidorów i sadów, aby ustąpić miejsca przytłaczającej eksploatacji drzew awokado. Obecnie uprawianych jest ponad 16 000 hektarów, co oznacza wzrost o 800% w ciągu mniej niż 30 lat. Mieszkańcy nie mają już wody do życia, nawadniania ani kąpieli i muszą przywozić wodę ciężarówkami; gleba została całkowicie osuszona przez wielkich plantatorów.

Koryta kilku rzek, takich jak Ligua i Petorca, są suche od ponad dziesięciu lat. Ryby i inne gatunki flory i fauny również zniknęły, co znacznie zakłóciło ekosystem tego obszaru. Ale, co gorsze, brak cieków wodnych uniemożliwia jakiekolwiek parowanie, a tym samym proces tworzenia się chmur, które powodują opady. Przez fakt położenia w klimacie subtropikalnym, prowincja Petorca od lat doświadcza długich okresów suszy, wzmocnionych dodatkowo przez zjawisko El niño. Cała prowincja od lat dotknięta jest skrajnym niedoborem wody.

Czy możliwa jest etyczna produkcja i konsumpcja awokado?

Jako konsumenci awokado jesteśmy częścią globalnego systemu produkcji i transportu owocu i nie bezpośrednio bierzemy udział w dewastującej środowisko produkcji. Jako jednostki nasz wpływ na to, jakie prawodawstwo obowiązuje w Chile albo jak rząd reaguje na poczynania karteli narkotykowych w Meksyku jest znikome. Więcej, jeśli ograniczymy lub w ogóle przestaniemy jeść awokado, to nasza pojedyncza decyzja niewiele zmieni w skali całego globu. Czy faktycznie nic nie możemy zrobić? Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia.

Jedną z dróg do zmiany sytuacji na odrobinę choć lepszą jest wymaganie od producentów i dystrybutorów awokado, by rzetelnie sprawdzali i bezpośrednio informowali konsumentów, jakie są źródła pochodzenia owocu. Jako kupujący mamy prawo wiedzieć, czy towar pochodzi z Ameryki Łacińskiej, czy z hodowli bliższej Europy. Nierzadko te informacje pojawiają się na opakowaniach i stoiskach z owocami, ale nie zwracamy na to uwagi – to nasz błąd i nasza odpowiedzialność.

Większość awokado w Polsce pochodzi z Izraela, jednak można spotkać takie, które przypłynęło zza Atlantyku. Jeśli stajemy przed wyborem zakupu produktu, którego uprawa w mniejszy sposób dewastuje lokalne środowisko, a do tego nie została sprowadzona z drugiej półkuli (czego efektem było wygenerowanie olbrzymich ilości CO2 do atmosfery), to wybór wydaje się jasny.

Nie oznacza to, że nie przyczynimy się takim wyborem do procesów wycinania lasów, nadmiernego zużycia wody i emisji gazów cieplarnianych. Przeciwnie, weźmiemy w nich udział, ale na mniejszą skalę. Jeśli chcemy jeść awokado to dobrze wiedzieć jaki wpływ na Ziemię i lokalnych producentów miała nasza decyzja. Świadomość tego, jakie miejsce zajmują nasze wybory w globalnym łańcuchu dostaw i jaki jest ich wpływ na świat (a także etyczna, jednostkowa odpowiedzialność) jest początkiem zmiany i szerszego myślenia o problemie.

Z drugiej jednak strony całkowite odejście do konsumpcji awokado na świecie sprawi, że najbardziej ucierpią najmniejsi producenci i ich niewielkie uprawy. Nie mając środków na przebranżowienie globalny ostracyzm awokado dotknie ich nieporównywalnie bardziej niż wielkich plantatorów dla których uprawa owocu to tylko fragment działalności z dobrze szacowaną możliwą stratą.

Najważniejsze jednak to nie dać się przekonać wyprodukowanej na potrzeby marketingu historii o tym, że ekologiczne awokado to remedium na wszystkie – także lokalne – problemy świata. Od bajkowej ballady o “zielonym złocie” o lepsza jest rzetelna wiedza i świadome podejmowanie decyzji.

Tekst: Michał Lewandowski

Zapisz się
do newslettera!

I trzymaj rękę na pulsie!